Dwie kreseczki nad górną wargą. To jego pierwsza blizna. Eduardo miał wtedy sześć lat. Wyszło niechcący, przez wygłupy na basenie. Lubi pływać. Jeszcz

Dwie kreseczki nad górną wargą. To jego pierwsza blizna. Eduardo miał wtedy sześć lat. Wyszło niechcący, przez wygłupy na basenie. Lubi pływać. Jeszcze nie wie, że będzie brał udział w zawodach pływackich w casa hogar (dom dla dzieci ulicy) i centro preventivo (poprawczak). Na razie wie tylko, że woda sprawia mu przyjemność. I że ludzie, z którymi mieszka, nie są jego rodziną. Ojciec oddał go im, kiedy Eduardo miał cztery lata. A może sprzedał.

Dlaczego? Eduardo nie wie. Ojca już nie zapyta, bo umarł. Mógłby zapytać mamę, którą odnalazł po latach, ale do tej pory tego nie zrobił. Próbuje rozwikłać tę zagadkę na własną rękę. Ojciec handlował bronią i narkotykami. Może chciał go ochronić? Jeśli zajmujesz się lewymi interesami, rodzina zawsze jest w niebezpieczeństwie. Może zrobił to z troski? Eduardo chce tak myśleć.

Jego nowa rodzina to bogate małżeństwo z pięciorgiem własnych dzieci. Mieszkają w Iquitos w peruwiańskiej Amazonii. Biją go i maltretują. Dlatego w wieku siedmiu lat ucieka. Ląduje na ulicy. Szybko poznaje terokal – przemysłowy klej, najpowszechniejszy tani narkotyk w Peru. W wieku ośmiu lat zaczyna kraść. Dołącza do jednego z wielu miejscowych gangów. Myśli, że tak będzie bezpieczniej. Że koledzy zawsze go ochronią. Marzy, by kiedyś zostać szefem grupy. Na razie jest za mały. Musi się zadowolić noszeniem maczet.

Po roku ucieka. Ze strachu. Pewnego dnia gang, z którym prowadzą wojnę, łapie dwóch chłopaków z jego bandy, zabija maczetami i zrzuca z trzystumetrowej skarpy.

Blizna numer dwa

Cztery krechy na lewym przedramieniu. Ulicznicy często się tną. Z różnych powodów. Bo im źle, bo chcą zapomnieć, bo pokłócili się ze swoją dziewczyną czy swoim chłopakiem. Albo, jak Eduardo, żeby uniknąć aresztowania.

Wtedy mieszka już w Limie. Kradnie telefony komórkowe. Tłumaczy mi, jak się to robi. Instrukcję można streścić krótko: „Zero delikatności. Kradniesz na chama”.

– Wchodzisz do autobusu i spokojnie się rozglądasz. Ludzie albo śpią, albo bawią się komórkami, więc wypatrujesz odpowiedni model: drogi i w dobrym stanie. I teraz akcja! Wyrywasz telefon, wyskakujesz na ulicę i biegniesz. Musisz być szybki, żeby cię nie dogonili. Albo kradniesz w centrum. Ludzie spokojnie się przechadzają, a ty jak orzeł szukasz wzrokiem ofiary. I znowu: wyrywasz z rąk, w tył zwrot i już cię nie ma. A później sprzedajesz na czarnym rynku. Wszyscy wiedzą, że te telefony są kradzione – dodaje Eduardo – ale kogo to obchodzi?

Zaczyna od książek. Ma własny patent – dwie głębokie kieszenie w spodniach. Kradnie zawsze w tej samej księgarni. Idzie na trzecie piętro, gdzie sprzedają najdroższe książki, naukowe, wybiera dwie i wsuwa po jednej do każdej kieszeni. Wraca na parter, kupuje gazetkę dla dzieci i wychodzi. Pracownicy sklepu ani razu się nie orientują. Kamer jeszcze nie ma.

– Wymyśliłem własny sposób – mówi Eduardo z dumą. – Nie potrzebowałem nauczycieli. Mój kolega też kradł, ale on wkładał książkę za pazuchę. Jedną. Ja miałem kieszenie. Kradłem po dwie. Byłem lepszy.

Później zmienia specjalność. Porzuca księgarnię na rzecz Ministerstwa Sprawiedliwości. Ma wtedy dwanaście lat. Dokładnie pamięta pierwszy raz. Podchodzi do sędziego z kartonikiem czekoladek i prosi o wsparcie. Jedna ze ścian kartonika jest wyższa. Eduardo patrzy mężczyźnie prosto w oczy, wypowiada regułkę – „Wspomóż mnie, kup czekoladkę” – wyższą ścianką pudełka łapie za klips pozłacanego długopisu i wysuwa go z kieszeni marynarki. Nigdy go nie złapali.

– Bo ja byłem złodziej profesjonalista!

Później pojawiają się pagery i telefony komórkowe. To wtedy się potnie.

Nie łapią go na gorącym uczynku. Znajdują dzięki agraviado, czyli ofierze przestępstwa. Agraviados zgłaszają kradzież policjantom i wspólnie z nimi szukają złodziei. Eduardo boi się, że znowu zamkną go w centro preventivo (w sumie był tam dziewięć razy). Tnie się, żeby tego uniknąć.

– Ciąć trzeba było w takich miejscach, żeby policjanci myśleli, że uszkodziłeś sobie żyły – tłumaczy. – Wtedy zostawiali cię w spokoju, bo śmierć złodzieja na komisariacie to problem. Puszczali wolno, żeby nie mieć kłopotu. Dawniej działało. Dziś możesz się ciąć do woli, a i tak zabiorą.

Blizna numer trzy

Są trzy. Z boku szyi. Małe i okrągłe jak m&m’sy. To był drugi i ostatni raz, kiedy Eduardo uniknął centro preventivo. Chwycił za szkło i się pociął. Bolało bardziej niż za pierwszym razem. Widocznie wrażliwsze miejsce.

Też chodziło o kradzież, ale nie pamięta szczegółów. Za to z detalami opowiada o innej.

– To było w centrum Limy. Derrote dał nam cynk, koledze i mnie, że będzie przechodziła dziewczyna z torebką pełną złota. Derrote to taki informator. Sam nie kradnie, tylko przekazuje wiadomości, a po kradzieży dostaje zapłatę. No więc opisał ze szczegółami, jak dziewczyna wygląda, jak jest ubrana. Czekamy. Idzie! Kolega zagaduje: Hola, qué tal? a ja pum! Wyrywam torebkę i biegnę przed siebie. Za rogiem wyciągnąłem z torebki siatkę ze złotymi łańcuszkami, wyrzuciłem torebkę i zmieniłem koszulkę na inną, innego koloru. Zawsze się tak robi, dla zmyłki. W worku było sto dwadzieścia złotych łańcuszków! Pięć oddaliśmy informatorowi. Zasłużył. To był mój najcenniejszy łup.

Po tej kradzieży Eduardo musi się ukrywać przed policją. Nie pokazuje się na ulicy. Ale nie musi opuszczać swojej kryjówki, biznes i tak się kręci. Ludzie przychodzą sami, wystarczy zadzwonić. Numery ma z ogłoszeń. W centrum Limy ulotki z napisem KUPIĘ ZŁOTO można znaleźć wszędzie.

Blizna numer cztery

Delikatna, półokrągła, na nosie.

– To z jakiejś bójki. Dostałem szyjką butelki. Nie pamiętam powodu. Tyle tego było.

Blizna numer pięć

Jedna krótsza, druga dłuższa. Obydwie wypukłe, poniżej obojczyka.

To po więzieniu. Eduardo pije z kumplami w wynajętym pokoju. Nagle wchodzi jakiś koleś. Z nożem i pogróżkami. Eduardo wyrywa mu nóż i wyrzuca chłopaka na zewnątrz.

– Wielu chciało mnie zabić, ale ten akurat przyszedł z problemem do mojego kolegi. Nie pamiętam, o co chodziło.

Koleś wraca z kumplami. Siły się wyrównują. Czterech na czterech. Zaczynają walczyć na noże. To wtedy Eduardo dostaje pod obojczyk.

– Ale wygraliśmy i wyrzuciliśmy ich na zbity pysk.

Tego samego dnia na klatce schodowej ktoś kopie go w pierś. Eduardo traci równowagę i spada ze schodów. Nic mu nie jest, żadnego zadrapania, żadnego siniaka, ale woła kolegów. Szukają. Bez skutku. Po miesiącu dostaje cynk – koleś ćpa w tym i tym miejscu. Eduardo bierze dwa duże noże i idzie się zemścić. W pokoju jest jakieś dwadzieścia osób. Wyrzuca wszystkich, zostaje tylko tamten. Eduardo tnie go po całym ciele, odcina mu jedno ucho, drugie zwisa na skrawku skóry.

– Nie umarł, ale sprawiedliwości stało się zadość.

Blizna numer sześć

Pod brodą. Długa, ponaddziesięciocentymetrowa, ze śladami po szwach. Najbardziej zwraca uwagę.

W więzieniu Eduardo spędza sześć lat. Przez ten czas nie ma kontaktu ze znajomymi, nikt go nie odwiedza. Nawet chłopaki, z którymi kradł.

– To nie są prawdziwi przyjaciele. Są przy tobie, kiedy coś masz. Kiedy nie masz nic, zapominają. Tak to wygląda na ulicy.

Dziewczyna też go nie odwiedza, więc po wyjściu z więzienia Eduardo znajduje sobie nową. Jego była dowiaduje się o tym. Grozi, że każe go zabić, jeżeli do niej nie wróci. I nie rzuca słów na wiatr.

Aleja Abancay w centrum Limy. Pierwsza, może druga nad ranem. Ktoś podbiega do Eduarda i próbuje poderżnąć mu gardło. Eduardo wyrywa napastnikowi nóż i dźga go w klatkę piersiową, póki starcza mu sił. Pod koniec tamten już nie reaguje. Koledzy Eduarda przybiegają na pomoc i obrzucają napastnika kamieniami. Przyjeżdża pogotowie. Zabiera ich obu.

– Zapytali mnie, co się stało. Powiedziałem, że to mój przyjaciel, że piliśmy na ulicy, a potem przybiegli jacyś kolesie i chcieli nas zabić.

Tamten nie może podać swojej wersji wydarzeń, bo jest w śpiączce. Po dziesięciu dniach umiera.

Blizna numer siedem

Ledwie widoczna, na prawym uchu.

To jakoś po wyjściu ze szpitala. Eduardo pamięta, że tego dnia pił na ulicy. Kiedy szedł spać, ktoś powalił go na ziemię i obciął mu kawałek ucha. Eduardo stracił przytomność. Pytał wszędzie, ale do tej pory nie wie, kto to był.

– Może to i lepiej, bo zemsta byłaby okrutna.


* Artykuł stanowi fragment książki pt. „Ulica mnie woła. Życiorysy z Limy” Beata Szady  (Wydawnictwo Czarne 2016).

720x350_reportaz_czarne40Czas trwania promocji: 10.03.2016 — 16.03.2016